header

Żaneta & Marcin

Uwielbiam pracować w gronie osób, na które trafiłem podczas wcześniejszych ślubów! Raz, że owo grono czuje mniejszy stres i jest „luźniejsze” na widok obiektywu, dwa, że w takich warunkach zdjęcia „same” się robią, a trzy, że skoro pojawiam się w takich okolicznościach, to znaczy że wcześniej dobrze wykonałem swoją pracę 😉 Drugą rzeczą przy fotografowaniu ślubów, którą uwielbiam jest „kolekcjonowanie” rodzeństw 😀 Przy okazji ślubu Kasi – siostry Żanety, który miałem przyjemność fotografować, poznałem moją, jak się później okazało, przyszłą Parę Młodą. Do skompletowania „kolekcji” brakuje mi jeszcze Damiana – brata dziewczyn, ale wszystko jest na dobrej drodze do tego, że tak właśnie się stanie 😉 Z Żanetą spotykałem się też kilkukrotnie podczas fotografowanych przeze mnie wesel, na których gościnnie występowała wraz Kapelą Jedlicki. Jak więc widzicie, na ślubie Żanety i Marcina była dość spora ekipa znających się wzajemnie osób, którą dodatkowo uzupełniał niezastąpiony „kamerun” Marek! Ech, ile to razy wspólnie z Markiem uwiecznialiśmy „jedlickowe” wykonanie „Karetki”* czy zabawy z krzesełkami 😉

Jak wynika z powyższego wstępu, cały dzień obfitował w niesamowitą ilość dobrego humoru. Począwszy od przygotowań w domach rodzinnym najważniejszych tego dnia osób, gdzie owszem unosiła się w powietrzu podniosła atmosfera, było wzruszenie, ale było też całkiem sporo spontanicznych uśmiechów 😉 Również w kościele podczas ceremonii ksiądz zadbał o odpowiednią ilość dobrego nastroju i zdecydowanie nie pozwolił Nowożeńcom nawet na sekundę stresu 😉 A po wyjściu ze świątyni już tylko konfetti (którego mogło być o parę płatków więcej 😉 ), przejazd do lokalu weselnego, życzenia i zabawa do rana!

Żaneta z Marcinem zaimponowali mi dwoma wykonaniami: własnoręcznie wykonaną dekoracją stolików na sali weselnej oraz wykonaniem pierwszego tańca 😉 Nie mam pojęcia ile czasu ćwiczyli choreografię, ale wyszła im efektownie, lekko i doskonale! Goście nie żałowali braw, a gdyby przypadkiem niedaleko przechodziła Iwona Pavlović z Augustinem Egurrolą to musieliby Parze Młodej pokazać tabliczki z „10” 😉 Później był imponujący wjazd tortu, była świetna zabawa, była kapela góralska i jazda na nartach. Oczywiście nie mogło zabraknąć również „Karetki”! 🙂 Po raz kolejny mojej drodze powrotnej z wesela na Żywiecczyźnie towarzyszył nieustający uśmiech i migawki scen minionego dnia w głowie 😉 I bardzo się cieszyłem, że żegnając się z weselnikami mogłem powiedzieć: do zobaczenia na następnym weselu! 🙂